Spotkanie z Wiktorem Żwikiewiczem
- Szczegóły
- Kategoria: Wywiady
- Opublikowano: czwartek, 05, maj 2011 23:15
- draken
- Odsłony: 298
Relacja ze spotkania z Wiktorem Żwikiewiczem, które odbyło się w kwietniu 2006 roku
Na moje pierwsze spotkanie z Wiktorem Żwikiewiczem spóźniłem się. Biblioteka szkoły, w której odbywał się konwent klubu „Maskon”, wypełniona była dziećmi spędzonymi z lekcji. Przed nimi siedział siwy człowiek z charakterystycznym podkręconym wąsem. Ku zgrozie nauczycielek używał słów takich jak cholera, dupa itp. Po spotkaniu, gdy rozszedł się tłumek łowców autografów („A właściwie kto to był?” pytała dziewczynka swoją koleżankę, odchodząc z dedykacją autora przy miniaturach literackich wydrukowanych w Bydgoskim Informatorze Kulturalnym) podszedłem i po prostu zapytałem, czy zgodzi się porozmawiać ze mną. Połączę tutaj to, co usłyszałem w czasie spotkanie i to, co wyciągnąłem z Wiktora w czasie rozmowy.
Przyszłość literatury
Zagadnięty przez jedną z nauczycielek, Wiktor wyłożył swój pogląd na przyszłość literatury. W postaci, jaką znamy teraz, właściwie zniknie. Zastąpią ją scenariusze gier. Gry te będą w stanie odtwarzać całą gamę doznań - także nieosiągalne dzisiaj wrażenia smakowe, zapachowe, czy dotykowe. Rola pisarza sprowadzać się będzie do nakreślenia ram fabuły, opisania świata. Resztę będzie robić już sztab innych ludzi, dodając do wizji pisarza swoje wizje. Przeżywanie fabuły w formie „gry” (rozumianej jako całkowite zanurzenie się w wykreowanym świecie) niesie za sobą zagrożenie zubażania wyobraźni odbiorcy. Zaginie magia, która zmienia abstrakcyjne przecież znaczki postawione na papierze w... uczucia.
Dzień dzisiejszy
Wiktorowi za bardzo nie chce się pisać. Jak sam mówi: poznał ludzi o tak niesamowitych życiorysach, że chowa się przy nich wszystko, co można wymyślić. Życie pisze najlepsze powieści. A jednak... Zapytany o książkę - legendę, czyli "Kosmodram Machu Picchu", opowiada o niej z zadowoleniem. Książka istnieje i jest cały czas w trakcie pisania. Wiktor wraca do niej co pewien czas, zmienia ją, „prostuje” jak się wyraził. Miała już 1100 stron, obecnie ma 800. Napisana jest prostszym językiem niż np. „Delirium w Tharsys”. Jak mówi sam autor - to jego najlepsza książka. Do takiego „Imago” nawet mu się nie chce wracać, a „Kosmodram...” cały czas czyta z przyjemnością. Są tam najlepsze jego pomysły. Na pytanie, kiedy ją wyda, odpowiada prosto „jak umrę”. I traktuje sprawę bardzo humorystycznie. Nawiązał do śmierci Lema. „Teraz przekopią mu wszystkie szuflady i wydadzą drukiem nawet kwitki z pralni, które tam znajdą. A ja zostawię po sobie tylko moją najlepszą powieść”. Wyrzuconych fragmentów nie magazynuje do wykorzystania w innych utworach. Chociaż ma w planie kolejną powieść. „Bydgoszcz my love” - o próbie nawiązania kontaktu z obcą cywilizacją. Pisze także filozoficzne opowiastki o Yang-Tsu. Chociaż czasami tylko wymyśla. „Pomysły wiszą w powietrzu. Skoro ja je znajduję, znajdzie je kiedyś też ktoś inny”. Nie przejmuje się więc tym, że czasami ich nie zapisuje. Pointa miniaturki „Trzy dłonie” była inna. Wiktor opowiada, że napisał ją na koniec długiego ciągu pisania - pisał 2 doby i był już strasznie zmęczony, kiedy w pewnym momencie ZROZUMIAŁ. Rzucił pisanie i skakał jak dziecko - bo była to najlepsza rzecz, jaką wymyślił. Tak się delektował tą myślą, że zapomniał ją zapisać i zasnął. Gdy się obudził nie mógł już jej sobie przypomnieć. Pozostała mu tylko pamięć po tym, że było to dobre. Opowiada to jako anegdotkę bez żalu - przecież na tą samą myśl ktoś kiedyś jeszcze wpadnie. Opowiadanka o Yang-Tsu niedługo zostaną wydane, a wraz z nimi dłuższa opowiastka o stworzeniu kobiety, także utrzymana w klimacie orientalnej przypowiastki.
Przeszłość literacka (zagubiona)
Utrata stałego miejsca pobytu, w końcu bezdomność doprowadziły do zagubienia wielu tekstów Wiktora. Nie rozpacza jednak nad tym. Po prostu - stało się. Kiedyś uszkodził mu się dysk w komputerze - około 200 stron tekstu przepadło bezpowrotnie. „Nawet nie pamiętam, co to właściwie było”. I znowu dodaje, że ktoś to kiedyś znowu wymyśli. W domu, który opuścił został też &bduo;o taki” (tu pokazuje rękoma jaki) stos maszynopisów. Pytam, czy wie, co się z nimi stało - „Pewnie moja kobieta wyrzuciła”, ale pewności nie ma.
Komiks
Zapytałem go też wreszcie o historię „Larkisa”, komiksu, który drukowała „Fantastyka” pod koniec lat osiemdziesiątych. Tu Wiktor ożywił się... i jednocześnie posmutniał. Bo historia tego komiksu, jego wzlot i upadek mają proste przełożenie na Wiktora życie. Końcówka lat osiemdziesiątych była czasem nadziei. Ukazała się ostatnia (jak do tej pory) powieść Wiktora. Zapał do pracy był ogromny. Rozpoczął się projekt „Larkis”. Strat był niesamowity. Historia fantasy, którego w owym czasie było jak na lekarstwo, na dodatek rysowana techniką, która zwalała z nóg. Niesamowicie szczegółowe obrazki, cieniowane techniką punktowania (znaną także z ilustracji Wiktora, zapomniałem jednak zapytać, czy miał jakiś wpływ na wybór takiej techniki przez ilustratora Andrzeja O. Nowakowskiego). Po wspaniałym starcie zaczęły się pojawiać „kiksy”: Nowakowski przestał używać stylizowanej czcionki, rysunek stawał się coraz mniej dokładny, wreszcie punktowanie zastąpił kreskowaniem. Po drodze były opóźnienia - w którymś numerze komiks wcale się pojawił. No i zakończył się całkowicie bez pointy. Bo to wcale nie był jeszcze koniec pierwszego tomu. Jak mówi autor - to był zaledwie początek potężnej sagi. Scenariusz dalej się dopiero komplikował. Do tego momentu, w którym zakończono - to po tylko prosta historyjka. Niestety Wiktor scenariusza już nie posiada. Dlaczego zakończyło się tak? Według pisarza - w tamtym momencie nie dało się z tego wyżyć. Nie było zapotrzebowania na polskich autorów. Kto chciał tylko pisać - nie miał szansy się utrzymać. Trzeba było zacząć zarabiać, a to zabierało czas. Non-profitu nie dało się długo pociągnąć. W tym czasie właśnie Wiktor zakładał rodzinę, co mu się niestety nie udało. Mam zamiar dotrzeć do Andrzeja Nowakowskiego, być może on ma jeszcze scenariusz.
Przygody z komiksem Żwikiewicz jednak nie zakończył. Obecnie pisuje dialogi do komiksów historycznych robionych na zamówienie (w tej chwili miał „na tapecie” dialog kobiet stojących w kolejce po chleb w Poznaniu w 1956 roku).
Grafika i sztuka ogólnie
Rozmawiając o komiksie nie mogłem nie zapytać o jego grafiki. Zachwycały mnie odkąd tylko się z nimi pierwszy raz zetknąłem. Były INNE, tak pod względem formy jak i treści. Niestety Wiktor zarzucił działalność na tym polu z przekory. „Wszyscy mówili mi - maluj, rysuj, rzeźb... a ja im na przekór zacząłem pisać”. Nie uważa grafiki właściwie za sztukę, bo namalowany obraz jest już zawsze taki sam (tak samo jak napisana książka). Co innego muzyka, czy aktorstwo - nie da się zagrać 2 razy tak samo. Zawsze dostaje się coś nowego. Później troszeczkę wycofał się z tego twierdzenia - przecież obraz i książka mają swoje przedłużenie w odbiorcy i w nim właściwie dokonuje się akt sztuki. Książkę można odczytać na wiele sposobów, ale tu znowu doszliśmy do tego, że artystą staje się odbiorcą. Możliwość wywołania emocji przez litery nadrukowane na kartce leży w nas - człowiek o pustym wnętrzu nie wzruszy się powieścią, choćby niewiadomo jak wspaniale była napisana.
Wracając do grafik - wszystkie przepadły, tak samo jak i teksty. Wykonane były na arkuszach papieru naklejonego na blachę - coś takiego używa się w geodezji do kreślenia map. Jako nośnik - było to bardzo trwałe, ale niestety życiowe zawieruchy sprawiły, że ilustracje zniknęły. Być może ktoś je ma, a może wylądowały na śmietniku. Tego Wiktor nie wie. I do działalności na tym polu wracać nie zamierza. Szkoda.
Bezdomność i rynek książek
„Zawsze byli tacy ludzie” mówi Wiktor o sobie. „Ja po prostu nie potrafię się o siebie zatroszczyć. Czasami zapominam, że mam jeść i spać”. Opowiada przy tym anegdotkę jak kiedyś pisząc zauważył, że pety wysypują mu się z popielniczki. Postanowił opróżnić ją. Poszedł do kuchni wyrzucił pety do wiadra ze śmieciami, a popielniczkę zaczął myć. Poczuł nagle, że zaczyna mu się ona rozłazić w palcach. Spojrzał, okazało się, że myje pudełko po papierosach. Otworzył szafkę pod zlewem i zaczął z wiadra ze śmieciami wyciągać papierosy. Odkładał je na szafkę. Kiedy wstał okazało się, że odłożył je... do zlewu pełnego wody.
W czasie spotkania z młodzieżą, kiedy składał podpisy przy swoich miniaturach drukowanych w BIKu kilka razy pytał o aktualną datę. Rzeczywiście sprawia wrażenie człowieka roztargnionego. I to chyba właśnie to roztargnienie i brak jakiegoś instynktu samozachowawczego doprowadziły go do obecnej sytuacji życiowej.
Zapytałem, dlaczego nie postara się o wznowienia swoich powieści. „Bo przy tym trzeba chodzić, a ja do tego nie mam głowy”. Mówił o tym, jakim dobrem dla artysty jest agent, który może i spije całą śmietankę, ale nie da artyście umrzeć z głodu i zapewni mu przynajmniej warunki do dalszego tworzenia. Nie można przecież zabić swojego żywiciela. I w tym zapewnieniu twórcy warunków do życia Wiktor widzi początek swoich problemów. Na początku lat 90tych wydawnictwa nie były zainteresowane twórczością Polaków, bo... zagraniczni byli tańsi. Wydawnictwa dostawały przy większych zakupach tytuły za darmo, a ludzie spragnieni byli angielsko brzmiących nazwisk. Proponowane stawki dla autorów przeniesione żywcem z kosztów ponoszonych na wydanie zagranicznej książki nie pozwalały na utrzymanie się z pisania. Dzisiaj też rzadko kiedy pozwalają, ale wtedy, jak mówi Wiktor, absolutnie nie było sensu marnować czasu na pisanie. Nie za te pieniądze. Właściwie autor dopłacał do wydanej książki.
Dzisiaj i w przyszłość
Wiktor powraca. Miesięcznik „Science Fiction Fantasy i Horror” wydrukował jego nawiązujące do Lema opowiadanie „Appendix Solariana”, rozpoczął też publikację rozmów „Żwikiewkicz & Żelkowski”. „Nowa Fantastyka” zapowiada „W cieniu sfinksa”, „Czas Fantastyki” opublikuje wywiad. Od jakiegoś już czasu mamy w rękach wydany staraniem przyjaciół Wiktora tomik „Kajomars”. Mam nadzieję, że Wiktor wróci na krajową scenę fantastyki. Opuszczone przez niego miejsce nie zostało przecież przez nikogo zajęte.
Wiktor Żwikiewicz
„Trzy dłonie”
Któregoś dnia Yang-Tsu znalazł przy drodze kawałek sznurka. Nic nie wart. Kiedyś było - skąd i dokąd. Nie zostało nic. Yang-Tsu zastanawiał się długo, do czego mógłby przydać się taki kawałek sznurka, ale nie wpadł na żaden pomysł.
Zamiast tego po prostu wyciągnął dłoń i pomierzył go - raz, dwa, trzy.
Kiedy doszedł do domu, rzucił sznurek na płot i zapomniał o nim.
Dopiero pod wieczór wyszedł na taras, żeby przed snem zaczerpnąć świeżego powietrza. I wtedy zobaczył niebo - po brzegi wypełnione gwiazdami.
Ogromny księżyc wisiał nisko. Yang-Tsu odruchowo wyciągnął rękę, przyłożył dłoń do horyzontu i odmierzył - raz, dwa, trzy.
Jego palce dotknęły księżyca i wtedy Yang-Tsu zrozumiał wszystko.
Tekst „Trzy dłonie” dzięki uprzejmości Alicji Drużyk z Bydgoskiego Informatora Kulturalnego.

